- To ci, którzy sprzedali dwa domy i kupili ruinę w Meksyku - szepnął mi ktoś do ucha, wskazując palcem siedzącą w kącie parę. Miało to miejsce w Vancouver, podczas małego spotkania towarzyskiego. Prawie nikogo na nim nie znałam, bo byłam jeszcze “nowa” wśród Polonii Vancouverskiej - mieszkałam w tym pięknym mieście zaledwie od kilku miesięcy. Zaintrygowana przekazaną mi wiadomością, podeszłam bliżej do Haliny i Edwarda - “wariatów”, według licznych opinii. No bo kto przy zdrowych zmysłach przeprowadza się na stałe z Kanady do Meksyku? I jeszcze podobno do jakiejś ruiny?

Piszę ten artykuł w Casa de Ambar, moim i Mariusza domu, znajdującym się w Meridzie, w dzielnicy Santiago, tej samej, w której leży Casa de Pescador, dom Haliny Mickiewicz i Edwarda Bębenka. Po wspomnianym wyżej spotkaniu zostaliśmy zaproszeni przez “wariatów” do ich już sprzedanego domu w Vancouver. Pokazali nam zdjęcia świeżo nabytej posesji, która rzeczywiście nas przeraziła. Nie podzielaliśmy zachwytów przyszłych Meksykanów nad urodą mozaiki przykrytej gruzem, czy sufitów wzmacnianych metalowymi szynami. Halina z zapałem opowiadała, jak dom będzie wyglądał, a ja patrzyłam na nią z politowaniem.

Rok później pojechaliśmy w odwiedziny do Haliny i Edwarda. Był to mój pierwszy pobyt w Meksyku. W lutym 2008 roku opuściliśmy mroźną, zaśnieżoną Kanadę i po wylądowaniu w Cancun z rozkoszą wdychaliśmy upalne powietrze, zachwycając się tropikalną roślinnością. Po czterogodzinnej podróży do Meridy stanęliśmy przed Casa de Pescador. Z zewnątrz dom wydał nam się dość skromny, lecz od razu wpadły mi w oko przepięknie kute kraty na oknach i drzwiach. Natomiast po przekroczeniu progu nie było końca zachwytów. Po raz pierwszy w życiu widziałam kolonialny, hiszpański dom z przełomu XIX i XX wieku. Wszystko w nim było imponujące - podłogi pokryte kaflami tworzącymi kwietne dywany, wysokie na 6 metrów sufity, ozdobne drzwi.

Dwa tygodnie naszych wakacji były pełne euforii i negatywnych szoków. Niezmordowanie zwiedzaliśmy Meridę i jej okolicę, podziwiając przepiękne zabytki tego niegdyś najbogatszego miasta w Meksyku oraz ubolewając nad wieloma zrujnowanymi budowlami. Niektóre ulice cieszyły oko rzędami pięknie odnowionych domów, inne straszyły brudem i opuszczeniem. A przez nie przewalały się tłumy Meksykanów, głównie Majów, niezmiernie czysto ubranych i… wyglądających na aż nadto dobrze odżywionych. Przypatrywaliśmy się mieszkańcom, wchodziliśmy do kościołów, na targu kupowaliśmy owoce i warzywa, odwiedziliśmy piramidy i cenotes - podziemne jeziora o kryształowej wodzie.

Po dwóch tygodniach pełnych wrażeń wróciliśmy do nadal mroźnego Montrealu. I wtedy Mariusz zaczął snuć plany - “kupimy, podobnie jak Halina i Edward dom kolonialny w Meridzie, odnowimy go i z czasem, na emeryturze, przeprowadzimy się do niego na stałe.” Nie chciałam o niczym takim słyszeć. Nastała wiosna, a potem cudowne lato i czarowna jesień. Spadł pierwszy śnieg… Mariusz z coraz większym zapałem wrócił do tematu - dom w Meksyku. Pod koniec lutego miałam tak dosyć zimy, że wreszcie wyrzekłam sakramentalne “tak”.
Znana jest zła sława Meksyku, kraju gangów i handlarzy narkotyków. Nigdzie nie czuliśmy się tak bezpiecznie jak w Meridzie, spacerując po jej ulicach i zaułkach często do późna w nocy. Spotykani ludzie witają nas przyjaznym “hola” lub uśmiechem i gestem ręki. Czysto i skromnie ubrana młodzież zachowuje się spokojnie, nie przeklina. Na ulicach roi się od zarabiających na wszelki sposób ludzi - kupców oferujących różne produkty, czyścibutów, właścicieli małych straganów. Olbrzymia liczba koncertów i występów na wolnym powietrzu, darmowe muzea, niezmiernie tanie bilety do teatrów i Filharmonii - te wszystkie walory tego wyjątkowo bezpiecznego miasta odkryli kilkanaście lat temu Amerykanie, Kanadyjczycy i Europejczycy, tak jak my kupując zrujnowane domy i je remontując. Z roku na rok przybywają nowe, odrestaurowane kolonialne piękności, zamieniane na domy prywatne, pensjonaty, hotele czy restauracje. Rozrasta się też “biała społeczność”, która organizuje: targi zdrowej żywności, przytułki dla bezdomnych psów i kotów, akcje charytatywne. Dobra, wysoko wykwalifikowana służba medyczna przyciąga swoimi niskimi cenami wielu Amerykanów i Kanadyjczyków.

Przybywa też członków Meridiańskiej Polonii. Wśród niej znalazł się skrzypek Filharmonii - Paweł Błaszczykowski, budowniczowie domów z Zakopanego - Adam Kowalski i Józef Matusik, architekt z Elbląga - Jan Żak, fryzjerka - Katarzyna Miasik, właścicielka sieci przedszkoli - Katarzyna Strzemkowska. Trzy lata temu dołączył do nich ksiądz Marcin Czyż, który zamiast trafić na misję do Chin, został wysłany do Meridy, bez znajomości języka hiszpańskiego. Nauczył się go błyskawicznie, otoczony niezmierną życzliwością wiernych i obecnie nie wyobraża sobie lepszego miejsca do życia. Zwłaszcza że Meksyk jest ostoją katolicyzmu - wyznaje go 90 mln. Szczególnie obchody Świąt Wielkanocnych świadczą o wierze Meksykanów. W Wielki Tydzień kościoły są pełne, a nocą, trzymając w dłoniach świece, chodzą ulicami grupy wiernych, modląc się i śpiewając pieśni religijne.

Za kilka dni wracamy do, mamy nadzieję, już ciepłej Kanady. Niestety musimy - kto wie czy nie na zawsze - opuścić Casa de Ambar, gdyż z różnych przyczyn postanowiliśmy dom sprzedać. Nie oznacza to pożegnania z Meridą. Będziemy tu wracać: do naszych znajomych kątów, do przyjaciół, do klimatu i bogatego życia kulturalnego. Kto wie, czy znowu nie kupimy tutaj domu.

- Tym razem musi być kolonialny - snuje już plany Mariusz.

- A może nad oceanem? - odpowiadam. Plaże Progreso, Chelem i Telchac Puerto, bez tłoków i wielopiętrowych hoteli, kuszą białymi piaskami i ciepłymi wodami Zatoki Meksykańskiej oraz swoim bliskim położeniem od Meridy.

                                                                                                                                                                        Tekst i zdjęcia: Beata Nawrocki
Marzyciele z Meridy
AUTOR: BEATA GOŁEMBIOWSKA OPUBLIKOWANE: 18 JUNE, 2014                                                                                 W KATEGORII:PIĘKNY JEST TEN ŚWIAT


Casa de Ambar - taras z widokiem na ogród
Merida
Mexico
Yucatan
Nie będę opisywać wszystkich etapów budowy, naszych frustracji podczas kierowania pracami, naszego zmęczenia po kilkunastogodzinnym dniu pracy na drabinie, w upałach sięgających 40C. To już mamy za sobą. Zdjęcia mówią same za siebie. Odwiedzaliśmy Casa de Ambar raz do roku, przebywając w nim jeden miesiąc zimowy. Ostatnią, najgorszą od stuleci zimę postanowiliśmy spędzić w całości w Meksyku. Po raz pierwszy mieliśmy możliwość przebywać w nim tak długo i docenić nie tylko uroki naszego domu, ale też i miasta. Nie raz, wracając około północy z kolejnego, bezpłatnego koncertu na świeżym powietrzu, wpadaliśmy w zachwyt nad bezpieczeństwem Meridy i jej rozlicznymi atrakcjami. A rzeczywiście jest to miejsce niezwykłe. Na przełomie XIX i XX wieku zamieszkiwała w nim największa liczba milionerów na świecie. Obecnie jest dużym skupiskiem Majów, którzy niegdyś nie mieli prawa osiedlania się w obrębie miasta i stąd prawdopodobnie pochodzi nazwa Merida Blanca, Biała Merida lub miasto dla białych.

Powstało w 1542 roku na miejscu T’hó, istniejącego przez kilka wieków kulturalnego centrum Majów. Francisco de Montejo - zdobywca Meridy, kazał rozebrać kilka piramid i tak powstały fundamenty pięknej katedry, najstarszego kościoła obu Ameryk oraz bogato zdobionego domu fundatora miasta - Casa de Francisco de Montejo. Najwięcej historycznych budowli zostało zbudowanych w XIX i na początku XX wieku, kiedy Merida stała się miastem bogatych właścicieli hacjend, uprawiających agawy. Z włókien tych roślin był produkowany sisal, tak potrzebny do wyrabiania sznurów i lin. Wzdłuż najbardziej okazałej promenady, Paseo de Montejo, po obu jej stronach rozpierają się olbrzymie pałace dawnych sizalowych potentatów, zamienione obecnie na hotele i restauracje. Centrum historyczne miasta należy do trzeciego co do wielkości w obu Amerykach, po Mexico City i Hawanie.
Miesiąc później wyjechaliśmy do Meksyku i po dziesięciu dniach byliśmy właścicielami “ruiny” w Meridzie. Przez następne cztery lata nie raz przeklinaliśmy i na przemian błogosławiliśmy nasz z pozoru szalony pomysł. Zdecydowanie czyniliśmy to drugie, spędzając ostatnią zimę stulecia w naszym tropikalnym ogrodzie otaczającym basen, wspominając z łezką w oku meksykańskie początki właścicieli Casa de Ambar. A skąd nazwa? Amber - bursztyn, to kamień tak polski, a jednocześnie meksykański. A też i imię naszego już nieżyjącego, ukochanego psa. Nic nie zapowiadało, że wybierzemy ten właśnie dom. Na zdjęciach był tak brzydki, że początkowo nawet nie chciałam do niego wejść. A potem uznaliśmy, że to dom z potencjałem, chociaż tymczasowo dobrze ukrytym. Co nas w nim ujęło? Spokojna ulica, niemalże ewenement w zatłoczonym mieście, rozmiar domu i wreszcie obszerny ogród, w którym zaczęły nam się marzyć palmy i tropikalne kwiaty. Mariusz siadł do planów przebudowy, a ja już myślałam o kolorach ścian i zakupie mebli. Po ośmiu miesiącach wytężonej pracy kilku Majów i naszej miesięcznej harówki - tak spędziliśmy najcięższe wakacje życia - powstał dom-oaza.
Link na stronę: http://www.gazetagazeta.com/2014/06/marzyciele-z-meridy/
Wyślij do mnie emaila
Odwiedź mój blog
Licznik wystartował
12 marca 2015
Copyright © 2014 by StudioBiM  ·  Webmaster - Mariusz Wasilewski  ·  E-Mail: mariuszwas@gmail.com
AUTORKA - WSPÓŁPRACA
WYDAWNICTWA AUTORKI
PORTALE LITERACKIE
BLOGI LITERACKIE