Pomiędzy Hollywood a Polską
AUTOR: BEATA GOŁEMBIOWSKA OPUBLIKOWANE: 21 MARCH, 2015                                                                                                            W KATEGORII: KULTURA


Rozmowa z Markiem Proboszem, aktorem teatralnym, telewizyjnym i filmowym, reżyserem, scenarzystą i pedagogiem, odtwórcą roli rotmistrza Pileckiego w spektaklu telewizyjnym “Śmierć rotmistrza Pileckiego” (dzisiaj 21 marca Ambasada RP w Ottawie zorganizowała pokaz tego filmu i spotkanie z aktorem - relacja w “Gazecie” wkrótce).
Beata Gołembiowska: W Polsce, jeszcze za czasów komuny, Twoja kariera rozwijała się w bardzo dobrym kierunku, grałeś w teatrze główne role, uznani reżyserzy angażowali cię do filmu i telewizji…

Marek Probosz: Nigdy nie zastanawiałem się kim chcę zostać jak dorosnę. W wieku 6 lat otrzymałem rolę Błazna w “Księżniczce na ziarnku grochu” Christiana Andersena i od tamtego czasu, od chwili kiedy stanąłem na scenie Teatrzyku Baśni w Żorach, poczułem, że w światłach rampy odnalazłem swoje miejsce na ziemi. Kostium i filozofia błazna przylgnęły do mnie na całe życie. Po siedmiu latach teatralnej przygody, przesiadłem się na wyścigowy rower, porwała mnie nowa pasja - kolarstwo! Zostałem czterokrotnym Mistrzem Śląska w juniorach i kiedy wydawało się, że pójdę w ślady Szurkowskiego, Szozdy, Gawliczka, odstąpiłem od zdrowego rozsądku i zapragnąłem powrócić na scenę. Moja droga usłana była cierniami. Nie dostałem się na studia do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie, a to oznaczało, że musiałem uciekać przed wojskiem. Zaszyłem się jako instruktor kulturalny w Ochotniczym Hufcu Pracy na Śląsku, stamtąd trafiłem do Teatru Lalek w Będzinie, gdzie zagrałem Muminka. Za lalkowym parawanem nikt nie mógł mnie zdemaskować, a jednocześnie nie traciłem kontaktu z żywym widzem i z teatrem. Przy kolejnym poborze musiałem zmienić adres, zatrudniłem się jako maszynista sceny w krakowskim Teatrze Słowackiego, tam również nie musiałem się pokazywać na scenie. Grano Hamleta, każdego wieczoru podawałem mu spod sceny czaszkę królewskiego błazna Yoricka. W podziemiach teatru starszyzna maszynistów grała w karty, piła wódkę i prześcigała się w opowiadaniu sprośnych kawałów, a ja, młody wrażliwiec, z każdym przedstawieniem coraz bardziej w Hamlecie odnajdywałem własne rysy. Cały dramat znałem już na pamięć. Gdy po północy zamykano teatr, zakopywałem się wśród dekoracji tak dobrze, że nikt nie zauważał. Wtedy stawałem się Hamletem, zapalałem reflektory wykrzykując “Dania jest więzieniem!”, brałem czaszkę i grałem do pustej widowni, “Szubienica jest mocniej zbudowana niż kościół”, ciąłem zatrutym floretem powietrze “Masz, zwyrodniały, przeklęty morderco”.

Po czwartym egzaminie i serii ról w filmach fabularnych dostałem się wreszcie na wydział aktorski do Łódzkiej Filmówki. Jako pierwszy student ukończyłem ją i obroniłem dyplom magisterski w 3 lata! Legendarny reżyser i dyrektor Teatru Polskiego w Warszawie Kazimierz Dejmek przyjechał specjalnie do Łodzi by mi zaproponować jeszcze w czasie studiów angaż u siebie wśród największych sław polskiej sceny. Miałem zagrać u Wajdy w “Weselu” - zostało zdjęte z repertuaru, u Dejmka w “Operetce” Gombrowicza - została zdjęta, w “Wyzwoleniu” Wyspiańskiego - też zostało zdjęte. Na szczęście moja kariera nie została załamana reżimem, otrzymałem główną rolę w filmie “Cień paproci” Franciszka Vlacila, na podstawie nagrodzonej w Czechosłowacji przed wojną książki Josefa Czapka. Po wojnie i tragicznej śmierci autora trafiła na czarną listę i dopiero gdy nastała odwilż można było ją zekranizować. Reżyser wielokrotnie mi powtarzał: Marek, czekałem na ten moment kilkadziesiąt lat, nawet nie wiesz jakie masz szczęście?

Od sukcesów “Śladów wilczych zębów” Jirego Svobody zaczęła się moja kariera w Czechosłowacji. “Cień paproci” utwierdził moją pozycję w kinie kraju Wojaka Szwejka, posypały się kolejne propozycje. Wszystkie filmy były pokazywane i zdobywały nagrody na festiwalach: Karlowe Wary, Cannes czy San Sebastian. Zaproponowano mi reżyserię sztuki teatralnej “Salome” Oscara Wilde’a w Brnie i w Pradze - została uznana przez Czechosłowacką krytykę za najlepszą sztukę roku 1986 i to zaowocowało ofertą wyreżyserowania opery na podstawie “Przemiany” Franza Kafki i główną rolą czeskiego pisarza Josefa Kocourka w “Gorączce”.
W Polsce dosłownie nie schodziłem ze sceny, w wieku 27 lat zacząłem wykładać w Szkole Aktorskiej w Warszawie. Wygrywałem wszystkie zdjęcia próbne. Zagrałem główne role u Andrzeja Barańskiego “Niech cię odleci Mara” - Nagroda Krytyki ‘83 rok, u Piotra Łazarkiewicza w “Kocham kino”, w warszawskich teatrach Stara Prochownia i Teatrze Ochota - “Pokojówki” i “Ścisły nadzór” Jeana Geneta. W Dramatycznym główna rola w antymilitarnym muzykalu “Która godzina?”, w monodramie “Romanca na skrzydłówkę” Jana Hrubina wystąpiłem w duecie z Tomaszem Stańko - byłem w niesamowitym rozpędzie.

B.G.: Wyjechałeś z Polski w 1987 roku w momencie, kiedy byłeś u szczytu sławy, nazywany Jamesem Deanem Wschodniej Europy! Emigracja ze względu na barierę językową oznacza na ogół dla aktora pożegnanie się z zawodem. Skąd więc ta decyzja opuszczenia kraju?

M.P.: Przełomowym momentem był zachodni film “I skrzypce przestały grać”. Chociaż nie zagrałem w nim znaczącej roli, od niego zaczęła się dla mnie przygoda z Hollywood. Znalazłem się na planie filmowym w Hamburgu gdzie podszedł do mnie Gary Essert, dyrektor artystyczny American Cinematheque. Znał mnie z europejskich filmów - wymienił “Ćmę”, bo była w Cannes, “Cień Paproci” - w San Sebastian i “Ślady Wilczych zębów”, nagrodzony w Cannes. Zaproponował mi uczestnictwo w trzytygodniowym zlocie filmowców całego świata w Hollywood. Miałem być przedstawicielem z Europy Wschodniej. Trzy razy odmawiano mi wizy, a kiedy wreszcie ją otrzymałem, była wystawiona tylko na 3 tygodnie. Konsul swoją pierwszą odmowę tłumaczył, że na pewno zostanę w Stanach, na co ja z oburzeniem protestowałem, gdyż rzeczywiście taka myśl nawet mi nie zaświtała w głowie. W Polsce byłem zajęty na dwa lata do przodu, miałem grać Kordiana, Woyzecka, czekała mnie premiera “Kocham kino”, tournee po Czechosłowacji z monodramem, miałem reżyserować w operze, grać w filmach, w teatrach. Gdy wylądowałem w Los Angeles, czekała na mnie limuzyna, zamieszkałem w legendarnym Hotelu Roosevelt, gdzie rozdano pierwsze Oskary, jeszcze tego samego dnia zwiedziłem Paramount Studio. Te trzy tygodnie były jak sen, miałem swojego tłumacza bo kiepsko wtedy mówiłem po angielsku.
B.G.: I te trzy tygodnie tak zawróciły Ci w głowie?
M.P.: Kolega emigrant, z którym studiowałem w Łódzkiej Filmówce powiedział mi ” jesteś na pierwszych stronach filmowych gazet w Hollywood, są z tobą wywiady, wylądowałeś w stolicy światowego kina, a tam czeka komuna, która nigdy nie upadnie.” Podjąłem decyzję, wybrałem wolność. Wraz z nim napisałem scenariusze do dwóch filmów fabularnych - “Słowo” o martyrologii kapłana Solidarności kś. Jerzego Popiełuszki i “Dusza zamordowanego królestwa” o polskich legionach, które zostały zdradzone, oszukane przez Napoleona i wywiezione do Haiti, aby tam stłumić powstanie niewolników.

Wziąłem przyśpieszony kurs angielskiego na Uniwersytecie Kaliforni w Los Angeles UCLA, gdzie teraz po latach jestem profesorem aktorstwa. Wtedy po kilku lekcjach, zapytałem swojego profesora “jaką na moim miejscu podjąłby decyzję?”, zapytał “co jest w twoim życiu najważniejsze?” - “miłość i wolność”, odpowiedziałem. Spojrzał mi głęboko w oczy: “miłość znajdziesz, a masz tam u siebie wolność?” - “nie” - “no to sam sobie odpowiedziałeś.”

Tego samego wieczoru w telewizji pokazywano wiadomości z Polski. Strajk Solidarności w Warszawie, przez Nowy Świat szli robotnicy, a ZOMO czekało na nich, z pałami, tarczami i w hełmach. Kiedy strajkujący podeszli blisko, nagle przebrani ubecy złapali przywódców za włosy i kopami wrzucili ich w stronę otwierających się jak Morze Czerwone zomowskich tarcz, pały masakrowały ich na asfalcie. Dostałem się na studia do Filmówki w gorącym czasie przewrotów. Byliśmy pierwszą uczelnią, w której powstał Niezależny Związek Studentów Polskich. Zorganizowaliśmy uczelniany strajk zamknięty, wymieniliśmy partyjnych profesorów, zmieniliśmy rektora, pachniało wolnością dopóki nie weszły czołgi.

Telewizyjne obrazki tych polskich wiadomości w Hollywood były mi zbyt znajome. Decyzja zapadła. Kariera to nie wszystko! Zaczynałem życie od nowa. Czy wyjechałbym z wolnej Polski? Nie! Ale życie ułożyło mi się inaczej. To był inny świat, brak możliwości podróżowania, panowała komuna, w serce wkradał się strach i zwątpienie, że ten okrutny system nigdy nie padnie. Rok 1987 wiał grozą, to był chyba najbardziej ponury okres. Po stanie wojennym, morderstwie Popiełuszki nadzieja umarła, wszyscy byli internowani, aresztowani, wywiezieni, albo wyemigrowali.

B.G.: Ze znanego aktora w Polsce i Europie wschodniej stałeś się kiepsko mówiącym po angielsku emigrantem.

M.P.: Z gwiazdy stałem się anonimem. “A zero from hero”. W Polsce wracałem do domu i miałem zatknięte róże w drzwiach. Finansowo dzięki filmom zagranicznym nie mogłem narzekać - grałem w Czechosłowacji, Niemczech Wschodnich. Pieniądze wkładałem do banku i nawet nie sprawdzałem ile ich mam. Miasto wyklejone było moimi plakatami, powstał mój pierwszy klub fanów w Pradze. Przysługiwały mi wszystkie przywileje sławnego aktora swojej generacji i nagle porzuciłem to wszystko.

B.G.: Nie załamałeś się?

M.P.: Z dziada pradziada pochodzę z górali beskidzkich. Tato zawsze mi powtarzał: “góral jest twardy, nigdy się nie cofa!” Odziedziczyłem po przodkach mocny charakter, niełatwo mnie złamać. Chciałem się zmierzyć z niemożliwym. Poczułem się jakby mnie ktoś nagle wyrzucił z samolotu i wpadłem do oceanu pełnego rekinów. Musiałem przeżyć. Pierwszą pracę zdobyłem w TV show “Jak przeżyć w Hollywood”. Zagrałem sam siebie, emigranta z Polski i tak uzyskałem wymarzoną kartę Związku Amerykańskich Aktorów Filmowych - Screen Actors Guild. Dzięki temu znalazłem agenta i pracę na planie pierwszej reklamówki Light Beer. Początkowo broniłem się przed tą propozycją, w Europie wschodniej w tamtych czasach nie było jeszcze reklam i wystąpienie w czymś takim było dla mnie jak potwarz. Na szczęście kolega z branży wyjaśnił mi szybko, że w Ameryce nawet największe gwiazdy typu Michael Jackson grają w reklamach. W ten sposób przed kamerami, w świetle reflektorów poznałem Gosię, moją żonę już od 25 lat!

B.G.: Kiedy po raz pierwszy pojechałeś do Polski?

M.P.: Po upadku Muru Berlińskiego. Świat teatru i kina zgotował mi gorące przyjęcie, telewizja nakręciła 2 filmy dokumentalne o moim powrocie. Dostałem główną rolę w filmie “Niech żyje miłość” Ryszarda Bera, a w “Ferdydurke” Jerzego Skolimowskiego zagrałem Syfona. Kiedy przyszła propozycja z teatru, otrzymałem wiadomość, że czeka na mnie w LA zielona karta i muszę ją osobiście odebrać. Wtedy w Polsce kręcono zaledwie kilka filmów w roku, ja grałem w dwóch z nich główne role. Paweł Potoroczyn z Wydawnictwa Zebra podpisał ze mną umowę na wydanie zbioru emigracyjnych opowiadań “Jasnowidzę”, Andrzej Wajda zaproponował mi abym napisał dla niego scenariusz o początkach polskiej emigracji w Ameryce “Hajtek”. Oferty sypały się zewsząd, a ja musiałem jechać po zieloną kartę, na którą tak długo czekałem. Przed przylotem do Polski napisałem w Los Angeles sztukę teatralną “AUM albo torturowanie aktorów”. Rozesłałem ją do najlepszych teatrów w Mieście Aniołów. Po powrocie dwa teatry były zainteresowane moim tekstem. Prestiżowy Odyssey Theater zaproponował mi, abym wystawił u nich jeden akt sztuki. Jan Kaczmarek skomponował dla mnie muzykę. Po tym sukcesie przyszła propozycja wyreżyserowania całej sztuki w The Open Fist Theater w Hollywood. Tam poznałem świetnych aktorów i z dwójką z nich postanowiłem wyreżyserować swój pierwszy krótki film na podstawie mojego opowiadania “Cruel Story”. Ten film wysłałem do American Film Institute w Los Angeles gdzie dostałem się w rezultacie na studia reżyserii filmowej - z 500 kandydatów z całego świata wybrano 20. Podczas studiów wyreżyserowałem cztery krótkie filmy, z których “Fragment do śmierci” został uznany za najlepszy film roku 1992 i był na pokazie specjalnym w Wenecji.

B.G.: A jednak nadal miałeś kontakty z krajem…
M.P.: Po skończeniu studiów, zadzwonił do mnie z Toronto Rysiek Bugajski “Marek, chcę zrobić film z tobą Zabić Wałęsę (potem tytuł zmienił na “Gracze”), o pierwszych demokratycznych wyborach w Polsce.” Zagrałem w nim szefa kampanii wyborczej Tadeusza Mazowieckiego. Druga propozycja przyszła z Czech od Karela Kachyni, zaproponował mi główną rolę Jana Dziecie w “Jak obsługiwałem angielskiego króla” według powieści Bohumila Hrabala. Wylądowałem w Pradze, przeszedłem zdjęcia próbne z charakteryzacją od 16- do 80-latka. Dostałem rolę! Jak na skrzydłach wróciłem do Polski by ogłosić rodzinie decyzję: zapominam o reżyserii, wracam do aktorstwa! Karel Kachynia był jednym z najlepszych czeskich reżyserów, wiedziałem, że to będzie mój wielki powrót na ekrany Europy. Produkcja zaaranżowała już, że będę przygotowywał się do tej życiowej roli pracując jako kelner w praskim Hotelu Europa. Żona zaczęła w Los Angeles pakować paczki i wysyłać je do Polski, było jasne, że wracamy. To miał być epicki film plus cztery odcinki telewizyjne, otrzymałem stos scenariuszy. Zostałem zaproszony wraz z Leonardo di Caprio jako gość honorowy na festiwal w Karlovych Varach, tam oficjalnie ogłoszono mój udział w filmie Kachyni. Po kilku tygodniach oczekiwań w Warszawie producent Jiri Sirotek wezwał mnie do Pragi. “Mamy kłopot”, powiedział, “Kachynia upiera się przy filmie i serialu telewizyjnym, a ja pieniądze zdobyłem tylko na fabułę”. Wkrótce dowiedziałem się, że jest nowy reżyser Jiri Menzel (zdobywca Oskara za “Pociągi pod specjalnym nadzorem”), Hrabal przy piwie również z nim podpisał umowę na prawa do naszego filmu. Menzel spotkał się ze mną “Ile pan ma lat? Pan się w ogóle nie starzeje”, odparłem ” aktor nie ma wieku.” Podobały mu się moje zdjęcia próbne dla Kachyni, znał mnie z wcześniejszych czeskich filmów - zostałem ponownie zaangażowany. Wróciłem do Warszawy z nowym scenariuszem i czekałem na rozpoczęcie zdjęć. W międzyczasie Kachynia okarżył Menzla o kradzież projektu, zrobił się skandal na całe Czechy, panowie zaczęli się wyzywać i opluwać przed kamerami telewizji. Podobno doszło nawet do fizycznej potyczki. Później jeszcze miałem spotkanie w Pradze z Janem Sverakiem, świeżo upieczonym zdobywcą Oskara i Złotego Globa za film “Kolya”, zaproponował mi, że jak jakimś cudem zdobędę od Kachyni i Menzla prawa do realizacji “Obsługiwałem angielskiego króla”, to on też go ze mną wyreżyseruje! Mój film marzenie rozleciał się w pył. Później Hrabal wypadł z okna karmiąc gołębie, Kachynia zmarł, a film po kilkunastu latach zrobił Menzel. Ale już beze mnie. Jak w czeskim filmie…

B.G.: Czy to zaważyło na decyzji o powrocie do Los Angeles?

M.P.: Właściwie nigdy na stałe nie wróciliśmy do Polski, przez trzy lata żyłem w “rozkroku”, w ciągłych rozjazdach, grałem w Polsce, żona mnie odwiedzała, w końcu zaszła w ciążę, ale zdecydowała się na poród w Ameryce. Wyleciała. A mnie akurat wezwał na spotkanie w Teatrze Studio dyrektor Jerzy Grzegorzewski, który obejmował po wieloletnim remoncie warszawski Teatr Narodowy, zaproponował mi angaż wśród elitarnej grupy wybitnych aktorów, powiedział “nie chcę aby pan siedział na ławie, mam dla pana konkretny repertuar”. Postawił jeden warunek, “musi pan się zdecydować do końca marca na pozostanie w Polsce”. Ciężko mi było podjąć decyzję. Serce rwało się na scenę, ale przecież nigdy wcześniej nie byłem ojcem! Zdałem sobie sprawę, że największą rolą mojego życia będzie ojcostwo. Spakowałem manatki i wróciłem do ciężarnej żony w Ameryce budować tam swoją scenę - swój rodzinny dom. C’est la vie!

B.G.: Czy za oceanem udało ci się kontynuować karierę aktorską i reżyserską?
M.P.: W czasie lotu z Warszawy do Los Angeles przeczytałem w polskiej gazecie artykuł o nastolatku, który popełnił samobójstwo i wciągnął w to dwóch swoich kolegów. Jestem ciekawym życia człowiekiem, wciąż poszukuję odpowiedzi na trudne pytania, szukam nowych bodźców. Pomyślałem, “co by było gdyby?” Tak narodził się pomysł scenariusza poruszającego odwieczny fenomen ludzkości problem samobójstwa. Na świat przychodziło moje pierwsze dziecko, zastanawiałem się na jaki świat je przyprowadzam. Przez okno samolotu wpatrywałem się poza ocean chmur, w nieznane, walczyłem z myślami, “kto decyduje o tym, że świat nagle przestaje istnieć, kto ponosi za to odpowiedzialność, dzięki komu odkrywamy sens istnienia i nowej ziemi?” Postanowiłem: za trzy lata na amerykańskich ekranach będzie mój fabularny film! Dziecko w brzuchu Gosi rosło, zaczytywałem się w literaturze o młodzieży, odkryłem ku mojemu przerażeniu, że przyczyną nr. 1 śmierci młodych ludzi w Ameryce było samobójstwo! Napisałem scenariusz “Y.M.I.” (“Dlaczego jestem”). W magiczny sposób znalazłem fundusze na realizację tego projektu TABU. W 2004 roku film dostał Nagrodę Publiczności ABBOT na festiwalu The Other Venice, a amerykański dystrybutor Vanguard Pictures zajął się rozpowszechnieniem filmu. Rozpaliłem wewnętrzny ogień, którego nigdy już nie ugaszę. Z nadzieją na dalsze filmy pisałem scenariusze, w sumie do tej pory powstało ich dziesięć! Zjadłem setki hollywoodzkich lunchy dyskutując z potencjalnymi inwestorami warunki realizacji kolejnych projektów, ale jak do tej pory wciąż zmagam się z brakiem finansów. W międzyczasie nakręciłem dokumentalny film o Janie Kottcie, światowej sławy szekspirologu i krótki film “Rebel”. Emerson College, jedna z najstarszych prywatnych uczelni zaproponowała mi wykłady w Advanced TV and Film Acting. Uczyłem tam 4 lata. Potem zacząłem wykładać aktorstwo filmowe i teatralne w UCLA. Kocham zawód pedagoga i uważam go za jedną z najważniejszych sztuk, zaraz obok sztuki rodzicielstwa. Do obu trzeba mieć pasję i powołanie. Co roku reżyseruję jedną sztukę teatralną ze studentami w UCLA. Jestem pracującym aktorem, przez ponad trzy dekady pracowałem dużo w Europie i w Ameryce, współpracowałem ze znanymi na całym świecie artystami, którzy zdobyli Oskary jak Warren Beatty, Annette Bening, Katharine Hepburn, Muray F. Abraham, Conrad Hall, Andrzej Wajda, Jan A.P. Kaczmarek czy nominowanymi do Oskarów Darren Aranofsky, Todd Field, Scott Silver, Mathiew Libateque, Agnieszka Holland. Grałem w popularnych serialach : “JAG”,” MONK”, “Numbers”, “Scandal”, w filmie “Helter Skelter”, zagrałem Romana Polańskiego. W teatrze Getty Villa w spektaklu “Philoktetes” wcieliłem się w Odyseusza, a ostatnio w widowisku audiowizualnym “Ochotnik do Auschwitz” jestem Witoldem Pileckim. Nagrałem również dla Brilliance Audio książkę dźwiękową “Auschwitz Volunteer. Beyond Bravery” gdzie jako Pilecki czytam jego raporty z KL Auschwitz. Jest dostępna na Audible.com.

B.G.: Jako aktor nadal jesteś aktywny w Polsce?

M.P.: W serialu “M jak Miłość” grałem przez cztery lata postać geja Grzegorza Górskiego, później w “Klanie” profesora Smosarskiego, ostatnio w “Ojcu Mateuszu” biznesmena Andrzeja. W kinie główną rolę Witolda Pileckiego w “Śmierci rotmistrza Pileckiego” Ryszarda Bugajskiego, Jasona w “Rewersie” Borysa Lankosza, Satorę w “Janosiku” Agnieszki Holland i Kasi Adamik, Araba Mustafę w “Osiem w poziomie” Grzegorza Lipca, Gary’ego Michalskiego w “Bokserze” Tomasza Blachnickiego, a ostatnio Szefa Telewizji ECHO w “Układzie zamkniętym” Ryszarda Bugajskiego. Wyszły też moje książki “El Dorado” Wyd. STENTOR i “Zadzwoń, jak cię zabiją” Wyd. LATARNIK.

B.G.: Aktor z Polski jedną nogą w Hollywood, a drugą w Polsce. Gdzie się najlepiej czujesz?

M.P.: Scena, plan filmowy, klasa, dom, kiedy pracuję w swoim zawodzie nie ma dla mnie znaczenia gdzie się fizycznie znajduję. Zatracam się w działaniu, procesie tworzenia, rzucam się w to szaleństwo i zawsze ujeżdzam się na 100%! Dochodzę do ekstazy, a to oznacza wyjście z siebie, metamorfozę, przekraczam normę, której się ode mnie oczekuje. Polska, Praga, Moskwa, Londyn, Paryż, Rzym, Hollywood, NYC, Montreal, dżungla w Peru, Syberia, czy stacja kosmiczna. Oczywiście aktor jest rycerzem słowa, a ja urodziłem się w polskim języku, więc mimo znajomości kilku innych, w nim najswobodniej oddycham.

B.G.: Gdy patrzysz wstecz na swoje życie, który okres był dla Ciebie najważniejszy?
M.P.: Dzieciństwo. Studia. Emigracja. Małżeństwo. Ojcostwo. Nie zamykam tego ostatniego rozdziału.                                                                                                  
rozmowa przeprowadzona w grudniu 2014 roku

i opublikowana w noworocznym numerze “Gazety”
Link na stronę:http://www.gazetagazeta.com/2015/03/pomiedzy-hollywood-a-polska/
Wyślij do mnie emaila
Odwiedź mój blog
Licznik wystartował
12 marca 2015
Copyright © 2014 by StudioBiM  ·  Webmaster - Mariusz Wasilewski  ·  E-Mail: mariuszwas@gmail.com
AUTORKA - WSPÓŁPRACA
WYDAWNICTWA AUTORKI
PORTALE LITERACKIE
BLOGI LITERACKIE